Robert Plant, Brno, 23 lipca – relacja z koncertu

Kupujesz bilet z półrocznym wyprzedzeniem. Płacisz za niego jak za zboże. Ale to nie ma znaczenia. Liczy się to, że w końcu zobaczysz zespół, którego muzyka Cię kształtowała. Takie zespoły najczęściej wychodzą na scenę z łatką „legendy”, której nie zawsze dotrzymują kroku. W Brnie, Robert Plant udowodnił, iż na miarę „żywej legendy” w pełni zasługuje.

Poranek przed koncertem. Hala Rondo i plakat Roberta Planta.

Poranek przed koncertem. Hala Rondo i plakat Roberta Planta.

Wokół Hali Rondo słychać było dwa języki: czeski i polski. Mieszały się one w papierosowym dymie. Przekrój wiekowy publiczności? Ze 3 pokolenia. Support – Please the Trees – przyjęty ciepło.

Owacje i zniecierpliwienie narastały. Napięcie rosło. Zapełniały się ostatnie miejsca w Hali. Po sowitej porcji braw popłynęły charakterystyczne dźwięki „Trampled Underfoot”. To była zapowiedź niezapomnianego wieczoru.

Wydawało mi się, że głos Planta zupełnie się nie zmienił przez te niemal 50 (słownie: pięćdziesiąt) lat na scenie. Jest głębszy niż na pierwszej płycie Led Zeppelin (1969), ale tylko na tyle by dodawać pewności i swobody w wyśpiewywaniu markowych falsetów. Jedynie obraz na telebimach ustawionych po obydwu stronach sceny przypominał, że Plant jest już dojrzałym muzykiem. Rozpuszczone loki nawiązywały do jego zeppelinowej przeszłości, a bródka do licznych lat na scenie (choć pod względem długości brody bezkonkurencyjny był gitarzysta zespołu, Liam „Skin” Tyson).

Kolejne prezentowane utwory łączyły dobytek Led Zeppelin i solowej kariery Planta. Muzycy grali kompozycje Jimmy’ego Page’a w swoich nietuzinkowych aranżacjach, a solowy dobytek Planta bronił się na żywo nieporównywalnie lepiej niż nagrania studyjne. Z bogatego dorobku Led Zeppelin usłyszeliśmy – poza wspomnianym „Trampled Underfoot” – m.in. „Black Dog” (z bardzo odważnie przerobionym riffem), „The Rain Song”, „You Shook Me”, „Dazed and Confused”, „In My Time Of Dying”, „Whole Lotta Love” (na zamknięcie koncertu) oraz „Rock n’ Roll” (bis). Z utworów Roberta Planta m.in. „Turn It Up”, „Satan Your Kingdom Must Come Down”, „Little Maggie”, oraz najnowszą piosenkę zatytuowaną „The Rainbow”.

Plant poruszał się na scenie niczym nieokiełznany tygrys, co chwila podrzucając statyw swojego mikrofonu. Doskakiwał do niego drugi gitarzysta zespołu, który szalał z gitarą i zapełniał sobą każde wolne miejsce na scenie. Basista rewelacyjnie współpracował z perkusistą, którego styl gry bardzo wyraźnie nawiązywał do wybitnego Johna Bonhama. Klawiszowiec bardzo interesująco poszerzał brzmienie, dodawał mu ekspresji i głębi. Wspomniany Skin Tyson czarował brzmieniem gitary, pasją, kulturą grania. Do tego jakże mocno rockowego zestawienia, Plant zaprosił Juldeha Camarę, grającego na gambijskim riti (albo goje). Robert Plant i The Sensational Space Shiftersy przełamywali wszelkie granice mieszając rocka z bluesem, udając się w afrykańskie i folkowe wycieczki, flirtując z irlandzkimi melodiami. Czapki z głów, Panowie.

To był najbardziej energetyczny i porządnie zagrany koncert na jakim byłam (przebili Nine Inch Nails w Spodku). Wyszłam z niego w skowronkach, dumna z formy Planta i jego zespołu, pełna podziwu dla ich pasji, otwartości oraz… Kompozycji Jimmy’ego Page’a.

Thank you, Mr Plant and the Sensational Space Shifters. That was an unforgettable evening.

Ponieważ nie można było zabrać swojego aparatu, a telefon średnio się sprawdza w takich warunkach, wykorzystuję materiały innych. Ciekawe zdjęcia możesz obejrzeć tutaj. Autorem umieszczonego video jest Martin Dybala.

2 komentarze

  1. Super, że koncert się udał. :) Nie jestem wielką fanką LZ, choć od czasu do czasu chętnie posłucham paru utworów, ale podoba mi się nowa twórczość Roberta. Uwielbiam „Rainbow”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.