Kyoto – dwa dni lekcji historii i kultury Japonii (2014-05-04 i 2014-05-05)

Dwa dni jakie spędziliśmy w Kyoto były skrajnie różne pod względem pogody, natomiast równie bogate pod względem historycznym i kulturowym. „Śpiewająca podłoga” w zamku Nijō, gejsze spacerujące po Gionie, setki bram tori w Fushimi Inari-taisha, tysiąc pomników kannona w Sanjusangen-do – te i inne atrakcje dopełniły lekcję o imperialnej Japonii jaką zaczęliśmy pobierać w Narze.

Główne atrakcje turystyczne w Kyoto ulokowane są ni to blisko, ni daleko względem siebie. W słonecznym dniu, rower (bądź spacer) wydają się rozwiązaniem idealnym. Jednak kiedy pada deszcz, kusi komunikacja miejska. Jak dotkliwie doświadczyliśmy na własnej skórze, Kyoto korkuje się niemiłosiernie, a z japońskich rozkładów jazdy niewiele – dla nas, Europejczyków – wynika. Rezultat? Nie zdążyliśmy dotrzeć do Złotego Pawilonu na czas. Choć z drugiej strony to kolejny powód, by do Japonii wrócić ;). Udało nam się jednak zobaczyć inne turystyczne szlagiery. Oto one.

Zamek Nijō

Cierpiąc na przesyt świątyń po wizycie w Narze, postanowiliśmy zwiedzanie Kyoto zacząć od zamku. I był to strzał w dziesiątkę. Wzniesiony w 1626 roku z inicjatywy Tokugawy Ieyasu, oczarował nas swoim rozmachem oraz pięknymi ogrodami.

Cały kompleks Nijō chroniony jest dwoma fosami (taki sposób wznoszenia zamku Japończycy nazywają Kuruwa) ułożonymi koncentrycznie. Pałac Ninomaru, w którym znajduje się „śpiewająca podłoga” (o niej kilka słów później), chroniony jest przez jedną fosę. Ruiny Pałacu Honmaru znajdują się wewnątrz drugiej fosy.

Do zwiedzania udostępniony jest Pałac Ninomaru, do którego prowadzi bogato zdobiony karamon. Przed wejściem do zamku ściągamy buty (zatem polecam pamiętać o skarpetkach ;)). Turyści mogą poruszać się tylko korytarzem i podziwiać znajdujące się wewnątrz pomieszczenia. Są wyścielone matami tatami i dzielone ruchomymi, pięknie malowanymi ścianami. Atmosfera miejsca jest jedyna: w środku panuje przyjemny chłód, pachną maty, pachnie drewno. Tutaj każdy zna(ł) swoje miejsce, granice są jasno wytyczone, hierarchia i szacunek biją z każdej ściany. Podążamy korytarzem nie mogąc napatrzeć się na z pozoru wyglądające tak samo wnętrza. Liczymy maty tatami, dzięki czemu możemy łatwo określić komu przypadała jaka powierzchnia mieszkalna. Niestety w środku nie można robić zdjęć. A szkoda, bo bogato zdobione kasetony i pobudzające wyobraźnię wystawy aż proszą się o uwiecznienie na zdjęciach.

Karamon w zamku Nijo

Wydaje się, że największą atrakcją zamku jest „śpiewająca podłoga”. Została ona zamontowana w korytarzach okalających każde z pomieszczeń zamku. Służyła jako alarm na wypadek nieproszonych gości. Faktycznie „skrzypi” wydając z siebie dźwięk… śpiewu słowika. Dzięki temu intruz nie jest świadom hałasu, jakiego jest twórcą, natomiast straże doskonale są poinformowane o niebezpieczeństwie. Podobieństwo dźwięku wydawanego przez podłogę do śpiewu słowika jest nieprawdopodobne, a system zabezpieczający – bezbłędny. (Próbuję przejść po tej podłodze bardzo ostrożnie, aby oszukać system i nie wydobyć żadnego dźwięku. Nie udaje mi się, jakkolwiek delikatnie nie starałabym się stawiać kroków).

Uwaga: dygresja poetycka. Po dygresji dalsza część opisu Kyoto.
Chodząc po tej podłodze przypomina mi się wiersz Samuela Taylora Coleridge’a pt. „Nightingale” (czyli „Słowik”). Jakże melancholijny musiał byś śpiew słowika słyszany przez intruza na zamku Nijō…

… All is still,
A balmy night! and though the stars be dim,
Yet let us think upon the vernal showers
That gladden the green earth, and we shall find
A pleasure in the dimness of the stars.
And hark! the Nightingale begins its song,
‘Most musical, most melancholy’ bird!
A melancholy bird? Oh idle thought!
In Nature there is nothing melancholy.
But some night-wandering man whose heart was pierced
With the remembrance of a grievous wrong,
Or slow distemper, or neglected love,
(And so, poor wretch! fill’d all things with himself,
And made all gentle sounds tell back the tale
Of his own sorrow) he, and such as he,
First named these notes a melancholy strain:
And many a poet echoes the conceit; …

Samuel Taylor Colerigde, The Nightingale.

Przeczytaj całość na bartleby.com :)

Po zwiedzeniu Pałacu Ninomaru udajemy się do ogrodów i za drugą fosę. Kilka zdjęć nienagannie wymodelowanych sosen, kontemplacja jakże pięknych kwiatów i krzewów.

Ogród w zamku Nijo

Dalej wspinamy się na mury obronne, które przypominają masywne, kamienne schody. Z murów przepięknie widać pałac Honmaru. Dalej, kolejną częścią ogrodu, dochodzimy pod karamon, gdzie kończy się nasze zwiedzanie Nijo.

Gion

Rozochoceni fantastycznym pałacem, ruszamy na spacer po Gionie – średniowiecznej dzielnicy Kyoto, która jest esencją architektury tamtego okresu. Wąskie, kamienne uliczki zabudowane drewnianymi budynkami, w których mieszczą się zarówno mieszkania jak i herbaciarnie ukryte za maleńkimi, niepozornymi bramami, rozpościerają się na mocno pagórkowatym terenie.

Jest też „strumyczek” Shirakawa, oraz placyk, wokół którego kręcą się skromnie acz prowokujące Japonki (profesji wiadomej). Co więcej, Gion to dzielnica geiko, jak nazywają siebie gejsze tamtego regionu. Obecnie zobaczyć prawdziwą gejszę w Japonii jest prawie niemożliwe. Nam dopisuje szczęście: dzięki temu, że jest to świąteczny tydzień obserwujemy Gion tętniący życiem nie tylko za sprawą tłumnie zgromadzonych tam Japończyków w narodowych strojach, ale też udaje nam się spotkać geiko! Dwie z nich udaje nam się spotkać gdy czekają na rykszarza. Cierpliwie pozują do zdjęć i wzbudzają sensację wśród samych Japończyków.

Geiko czekające na rykszarza

Będąc w Gionie nie możemy nie odwiedzić świątyni Yasuka (mimo że miał być to bezświątynny dzień). Yasuka pęka w szwach, Japończycy modlą się i uczestniczą w nabożeństwach. Atmosfera jest radosna, widać całe rodziny, które świętują. Jakkolwiek Yasuka jest urocza, postanawiamy obejść resztę Gionu i zejść do stacji, z której udamy się na szybki wypad do Fushimi Inari.

Fushimi Inari-taisha

20 min pociągiem, krótki spacer i jesteśmy u bram świątyni. Zachodzące słońce nadaje złocisty blask budynkom położonym na wzniesieniu. Chodzimy wśród nich, po czym pospiesznie idziemy w górę – poczuć jak to jest wspinać się ścieżką wśród tysiąca tori. Majestatyczność pierwszych z bram jest czymś, czego zupełnie się nie spodziewaliśmy.

Jeden z budynków świątynnych Fushimi Inari

Dalej już bramy są raczej niskie, choć zdarzają się i kolejne wielkie. Turystów, wiadomo, jest multum. Słońce jest coraz niżej. Wchodzimy. Idziemy bezkresną kamienną alejką wśród pomarańczowych tori.

Malownicze tori w Fushimi Inari

Ścieżka prowadzi w górę, momentami ostro, momentami łagodnie. Chcemy koniecznie wyjść na samą górę, więc narzucamy sobie mocne tempo i mijamy kolejnych turystów. Słońce coraz niżej, jest już szaro, tori rozświetlają lampy i lampiony. Zaczyna się wyludniać. Schodzimy z głównego szlaku i znajdujemy urokliwy staw. Chwila zadumy i odpoczynku, kilka zdjęć, już dalej w drogę. Idziemy w górę i w górę, w końcu docieramy na sam szczyt, a na którym znajduje się maluteńka świątynia otoczona niezliczonymi mały tori. Modli się przy niej jakiś Japończyk w garniturze. Odwracamy się i przed nami rozpościera się rozświetlone Kyoto. Jest już noc, trzeba wracać. Nie możemy opędzić się od komarów. Czas schodzić.

Sanjusangen-do

Do Sanjusangen-do udajemy się już kolejnego dnia. Tym razem pada ulewny deszcz, zatem postanawiamy skorzystać z przejażdżki autobusem. Kupujemy całodniowy bilet, ponieważ mamy w planie pojechać jeszcze do Złotego Pawilonu.

Sanjusangen-do to kolejne miejsce, gdzie zdjęć robić nie wolno. Ech, jaka szkoda… Długi drewniany „barak” w jakże japońskim stylu kryje 1000 (słownie: tysiąc) posągów kannona. Każda z nich jest wielkości dorosłego człowieka. Nieprawdopodobne. Unoszczący się w powietrzu zapach starego drewna, wilgoci i kadzidełek kreuje niepowtarzalną atmosferę. Po raz kolejny doczytujemy ulotki i staramy się choć w minimalnym stopniu zrozumieć wymowę i cel Sanjusangen-do. Trochę żałuję, że nie odrobiłam zadania domowego z buddyzmu i szintoizmu…

Co jeszcze warto zwiedzić w Kyoto?

To-ji

Potężny parking pełen jest samochodów i autobusów wycieczkowych. Trudno, w końcu to Golden Week… Wchodzimy na teren świątyni. Całość znajduje się w pięknym ogrodzie, z którego – z dowolnego miejsca – widać najwyższą w Japonii pagodę.

To-ji widziane od strony ogrodu

Nim jednak podchodzimy do pagody, zwiedzamy kolejne budynki dostępne dla turystów. Opiekunowie świątyni strzegą by nikt nie zrobił żadnego zdjęcia. Przyglądamy się chwilę figurze Yakushi Nyorai w Kon-do, zagłębiając się w lekturze folderów. Próbujemy dowiedzieć się czegoś o buddyzmie i zrozumieć wagę tego miejsca. W kolejnym z budynków odbywa się kiermasz, na którym można – za bajońskie kwoty – kupić obrazy, tkaniny, oraz buddyjskie „różańce” i „odpusty”. Dalej w deszczu zwiedzamy ogród i oglądamy pagodę.

Ponto-cho

Ponoć wieczorem jest to wytrawne miejsce na „geisha spotting”. Niestety, my nie znajdujemy żadnej. Mało tego, kiedy przechodzimy tą uliczką, życie na niej jakby zamiera, ucieka przed nami gdzieś w zakamarki wąskich przejść. Jest to jedno z najbardziej japońskich miejsc w Japonii, zarezerwowane dla Japończyków. Trzeba mieć odpowiednie koneksje by móc wejść do baru, restauracji, czy też „salonu masażu”. Jakkolwiek urokliwa, nie jest miejscem, gdzie czujesz się swojo. Spacer po Ponto-cho i Gionie nocą wyraźnie ukazuje, że pod woalką widoczną gołym okiem jest drugi świat, jest prawdziwa Japonia niedostępna dla gaijinów. Hermetyczność Japończyków i ich troska o zachowanie własnej tożsamości i kultury widoczna jest właśnie w Kyoto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.