Nowy Jork, część 3: o drodze

Rozwój kolei pozwolił Amerykanom zapanować nad Nowym Lądem. Henry Ford dał im samochody. Charles Lindbergh udowodnił, że można jednego dnia być w Nowym Jorku, a drugiego w Paryżu. Podobnie jak mieszkańcy Stanów, Nowy Jork nigdy nie stoi w miejscu. Grand Central Terminal oraz most brooklyński i Queensboro to dla mnie symbole jego spajania.

Grand Central Terminal

Grand Central Terminal to nie tylko „dworzec kolejowy” – to także ciągle modne miejsce spotkań mieszkańców Nowego Jorku. Jest nie tylko majestatyczny i elegancki, ale też funkcjonalny. Kryje w sobie wiele tajemnic, które przyciągają do niego turystów: nawet tych, którzy nie zamierzają odbyć podróży koleją. Mimo że nie posiada strzelistych wierz ani nie próbuje sięgać w niebo, jest jednym z głównych symboli Nowego Jorku.

Fasada Grand Central Terminal przy 42 ulicy

Fasada Grand Central Terminal przy 42 ulicy

Historię miejsca w którym został zbudowany, podobnie jak inny symbol miasta – budynek MetLife – zdeterminowała potrzeba odbywania częstych podróży oraz… ekologia. W połowie XIX wieku Nowojorczycy ostatecznie zbuntowali się przeciwko zanieczyszczeniu powietrza, które wynikało z powszechnie stosowanych lokomotyw. Wprowadzono więc „strefę” do której wjeżdżać wolno było tylko konno. Zaczynała się ona na 42 ulicy.

Grand Central Terminal otwarto w 1871 roku (wtedy jako Grand Central Depot). Jednak miasto było wyraźnie podzielone przez przewoźników na wschód i zachód – a ówczesny Grand Central Depot był punktem przesiadkowym między dwoma światami. Jego znaczenie umocnił pomysł jednego z największych amerykańskich przedsiębiorców – Korneliusza Vanderbilta – który postanowił połączyć niezależne i konkurujące ze sobą linie w jedną. Tak więc powstała spójna sieć transportowa, która rozwijała Nowy Jork.

Główna hala (Main Concourse) GCT. Na środku znajduje się zegar, który jest popularnym miejscem spotkań.

Główna hala (Main Concourse) GCT. Na środku znajduje się zegar, który jest popularnym miejscem spotkań.

Kapitalnie opisana historia GTC przeplatana ciekawostkami, udokumentowana zdjęciami dostępna jest na stronie http://www.gcthistory.com/. Serdecznie polecam, to skarbnica wiedzy, której nie może Ci zabraknąć kiedy już zdecydujesz się zaglądnąć do GCT.Nim Grand Central Depot przekształcił się w Grand Central Terminal, był wielokronie przebudowywany. Pierwsza większa ingerencja w budynek miała miejsce w 1901 roku. Stał się on wtedy Grand Central Station. Jednak to nie wystarczało na ciągle rozwijające się potrzeby kwitnącego Nowego Jorku i w 1913 roku powstał Grand Central Terminal jaki znamy dziś. Choć stwierdzenie to jest nadużyciem. Skomplikowana infrastruktura, obsługiwana sieć torów ukrytych w tunelach, ekspansja miasta, zagospodarowanie obszaru bezpośrednio graniczącego z GCT, zmieniające się potrzeby mieszkańców NYC – to wszystko do dziś wymusza ciągły rozwój budynku.

Dzięki jakże zmyślnemu projektowi, GCT okazuje się być nie tylko piękny lecz funkcjonalny – i legendarny. Odwiedzających zaskakuje elegancją oraz pewnymi „tajemnicami”. Pierwszą z nich znajdziemy przy sławetnym Oyster Bar. To Galeria Szeptów (ang. Whispering Gallery), w której można drugiej osobie szeptać tajemnice stojąc w jednym kącie, a rzeczona osoba wszystko usłyszy stojąc w innym kącie. Do dziś nie wyjaśniono, czy Whispering Gallery było zamysłem architekta, czy po prostu „tak wyszło” budowlańcom.

Galeria szeptów (Whispering Gallery). Widać jak turyści rozstawiają się po kątach.

Galeria szeptów (Whispering Gallery). Widać jak turyści rozstawiają się po kątach.

Pewne jednak jest, że w podziemiach znajduje się tajne przejście do hotelu Waldorf Astoria, które biegnie od 42 do 97 ulicy. Ponoć było wykorzystywane przez prezydenta Franklina D. Roosevelta. Obecnie drzwi do przejścia są zaspawane.

Przykładów mogłabym podać więcej – historia tego budynku jest fascynująca. Ciekawskich zostawię jednak z linkami do świetnych artykułów opisujących atrakcje GCT, których na próżno szukać w przewodnikach:

Przejdę teraz do innych konstrukcji. Kiedy patrzysz na poniższy nagłówek, komentarz „no taaaak”, ciśnie się na usta, prawda?

Most Brooklyński

Most Brooklyński jest właściwie równolatkiem GCT. Jego budowa ruszyła w 1869 roku i trwała 14 lat. Inwestycja – podjęta z inicjatywy niemieckiego konstruktora Johna Roeblinga – nie była jednak entuzjastycznie przyjęta przez mieszkańców Nowego Jorku. Końcem XIX wieku wydawało się, że most – jak wiele innych wiszących konstrukcji – nie będzie wytrzymały.

Most Brooklyński widziany z Brooklynu. Kto znajdzie Empire State Building na zdjęciu? ;)

Most Brooklyński widziany z Brooklynu. Kto znajdzie Empire State Building na zdjęciu? ;)

Gdy został ukończony (i po tym jak przemaszerowało po nim 21 słoni) został uznany za ósmy cud świata. Tej radosnej nowiny nie dożył jednak Roebling, który zmarł w wyniku wypadku na budowie. Jego syn, który przejął za nią odpowiedzialność, przypłacił przedsięwzięcie trwałym kalectwem, a ceremonię otwarcia mostu spędził przykuty do łóżka. Był on – podobnie jak wielu pracowników budowy – ofiarą choroby kesonowej.

Mid-Manhattan widziany z mostu brooklyńskiego.

Mid-Manhattan widziany z mostu brooklyńskiego.

Most długo pracował na swoją doskonałą opinię. Dzięki linom, na których oparta jest konstrukcja i rozłożony ciężar, funkcjonuje bez szwanku. Do dziś jest jednym z największych mostów wiszących na świecie (główne przęsło nad East River ma 486 m, całość mostu to 1834 m). Innowacyjny pomysł oddzielenia części pieszej od jezdni (obecnie 6 pasów, po 3 w daną stronę, przeznaczone tylko dla ruchu samochodowego), czyni spacer mostem przyjemnością. Tym bardziej, że widoki są wspaniałe: podziwiamy zarówno FiDi (o którym pisałam sporo w części 2), Downtown, jak i Brooklyn (któremu niebawem poświęcę więcej uwagi). Przejście mostem Brooklyńskim to absolutnie obowiązkowy spacer.

Trzy pasy jezdni oraz widok na FiDi - podczas spaceru mostem brooklyńskim.

Trzy pasy jezdni oraz widok na FiDi – podczas spaceru mostem brooklyńskim.

Most Queensboro

Budowa mostu przypada na początek XX wieku – ukończony został w 1909 roku. Miał łączyć Manhattan z Queens i dalej z Long Island, być spoiwem części „biznesowej” oraz „produkcyjnej”, w której znajdowały się fabryki.

Most Queensboro i Manhattan. To wysokie szkaradztwo to budynek 432 Park Avenue.

Most Queensboro i Manhattan. To wysokie szkaradztwo to budynek 432 Park Avenue.

Zaprojektowany przez Gustava Lindenthala we współpracy z Henrym Hornbostelem, jest jedynym mostem nad East River o konstrukcji innej niż wisząca. Zbudowany z 75 tys. ton stali, rozciąga się na długości 1135 m, a biorąc pod uwagę jego podjazdy – 2270 m. Obsługuje 10 jezdni (4 znajdują się na poziomie górnym, pozostałe na poziomie dolnym mostu) oraz jeden chodnik dla pieszych łączony ze ścieżką rowerową. Niestety chodnik znajduje się po stronie północnej, zatem Manhattan widoczny jest przez przęsła mostu.

Wspólna ścieżka dla pieszych i rowerzystów na Queensboro Bridge. Wsporniki i konstrukcja robią wrażenie.

Wspólna ścieżka dla pieszych i rowerzystów na Queensboro Bridge. Wsporniki i konstrukcja robią wrażenie.

W „Wielkim Gatsbym” F. Scott Fitzgerald napisał tak:

The city seen from the Queensboro Bridge is always the city seen for the first time, in its first wild promise of all the mystery and the beauty in the world.

Podczas spaceru po Queensboro widziałam Nowy Jork (Manhattan) faktycznie po raz pierwszy. I był on zupełnie inny niż ten podziwiany z mostu brooklyńskiego czy z Top of the Rock. Ponieważ był to niedzielny poranek, mijało nas wielu biegaczy i rowerzystów, a ruch samochodowy był znikomy. Wiosna dopiero budziła się w mieście, w którym dominuje stal i beton. Nowy Jork zapraszał do eksploracji, jednak bez przesadnych gestów. Zdawał się mówić „to jest droga na Manhattan. Idź cały czas prosto, dojdziesz do Central Parku. Jeśli coś cię po drodze zainteresuje – częstuj się. Tu wszystkiego jest pod dostatkiem.”

Widok ze ścieżki dla pieszych na moście Queensboro.

Widok ze ścieżki dla pieszych na moście Queensboro.

Mimo znakomitej reklamy, jaką wyświadczył mu Fitzgerald, Queensboro nigdy nie doczekał się sławy na miarę mostu brooklyńskiego. Może to i dobrze, bo pozostaje ciągle tym „niszowym” i „niedocenionym” skarbem architektury, który warto – i trzeba – podziwiać.

Kończę opis Queensboro – oraz całość wpisu – bardzo osobiście, wręcz nostalgicznie. Pewnie dlatego, że była to pierwsza droga w jaką ruszyłam podczas pobytu w Nowym Jorku (dziękuję M. za pomysł :*) dokładnie znając plan dnia i cel. Było to zupełnie inne rozpoczęcie dnia niż się spodziewałam… Jak to droga, jak to podróż: uczy zmiany optyki, rozwija, czyni chwile wyjątkowymi. Tak jak bohater amerykańskiego filmu drogi, tak i „przeciętny” podróżny zmienia się wraz z każdym wykonanym krokiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.