Osaka i Nara – sięgamy w historię Japonii (2014-05-03)

Kolejny dzień w Japonii pozwala nam bliżej zapoznać się z historią tego kraju. Zwiedzanie zamku w Osace oraz Nary – i znajdujących się w niej Nanto Shichi Daiji – to doskonały wstęp do prawdziwej lekcji historii jaką wywieziemy z Kyoto. Dowiadujemy się m.in. o tym jak Japończycy traktują zabytki, szanują swoją tradycję, oraz że sushi w mieście typowo turystycznym kosztuje tyle ile w Europie.

Zamek w Osace

Zostawiamy bagaże w hotelowej przechowalni, w biegu jemy śniadanie w pobliskim 7eleven, i – metrem, by oszczędzić czas – jedziemy do zamku. Wokół niego scena, tłumy Japończyków, cały park wypełniony kwiecistymi dekoracjami. Jest 3 maja – japońskie święto konstytucji. Dobre pół godziny zabiera nam dojście w kolejce do drzwi wejściowych.

Po wejściu na zamek okazuje się, że wewnątrz nic oryginalnego nie zostało. Na środku znajduje się klatka schodowa, a wokół niej interaktywne wystawy opowiadające historię Japonii i zamku, w szczególności bitew jakie miały wokół niego miejsce pod koniec XVI wieku. Są też wystawy statyczne (korespondencji oraz zbroi i mieczy samurajskich) czy prezentacja wnętrza tradycyjnego domu samuraja. Historia i wojna przedstawione na wystawie szokują nas swoją brutalnością i rozmachem. Malunki dosłownie przedstawiają kto i co komu robił… Jednak z tych wystaw wynosimy bardzo dużo wiedzy o historii Japonii, którą później zgłębiamy doczytując wikipedię.

W zamku udajemy się również na balkon widokowy. Panorama Osaki jest kapitalna. Próbujemy porównać rozmach tego miasta do Tokio, ale jest to inna skala, zupełnie inny przekrój społeczny mieszkańców. Jedno jest wspólne: porządek i wzajemny szacunek.

Widok na Osakę z zamku

Nara

Wracamy po walizki i idziemy na pociąg do Nary. Słońce smaży, jest gorąco, ale świeżo, niebieskie niebo wzbudza w nas uśmiech. Chwilę zajmuje nam odkodowanie sposobu zapłaty za bilet, ale w końcu udaje nam się zrozumieć który pociąg co oferuje i ile nas to będzie kosztowało. Jedziemy więc prywatnym (!) pociągiem, bo jest relatywnie najszybszy i najtańszy (70 km w 35 min za ok. 30-35 zł).

Po przyjeździe do Nary zostawiamy bagaże w przechowalni i idziemy do sławnego parku. Droga prowadzi lekko pod górę. Nie potrzebujemy zaglądać do mapy – po prostu idziemy z tłumem. Przekrój wieku i nacji kompleksowy. Japończycy w kilku pokoleniach, ale najlepiej widoczni młodzi, ok. 20-30 letni, zawsze w parach, ubrani w tradycyjne stroje. Wyglądają pięknie. Od stacji kolejowej Kintetsu Nara do parku jest kilkanaście minut spaceru. Z lewej mamy widok na japoński krajobraz, spowity górami (nieco przypominającymi Beskidy) i domostwami, natomiast po prawej rozciąga się park.

Docieramy na skrzyżowanie, z którego brukowana uliczka prowadzi do świątyni Todai-ji. Uliczka pęka w szwach pod naporem turystów. Nigdzie dotąd nie widzieliśmy takich tłumów. Do tego praży słońce. I pod nogami plączą się bezczelne jelonki. Niektóre z nich są tak przeżarte (za 150 JPY można kupić wafelki dla nich właściwie na każdym kroku), że uciekają od ludzi. Cóż, urok miejsca stricte turystycznego.

Tłumy przed Nandaimonem

Nandaimon, Todai-ji i Kasuga Taisha

Idziemy więc w stronę potężnej i pięknej bramy Nandaimon, przez którą przechodzi się na teren świątyni. Całkowicie drewniana, potężna, stara, gdzieniegdzie widać na niej malowanie odpryskujące pod wpływem czasu. Przemawia przez nią kawał historii (choć jak w przypadku większości japońskich zabytków na próżno szukać w niej oryginalnej drzazgi ;) – jest to rekonstrukcja bramy z XII wieku).

Nandaimon w pełnej krasie

Po chwili spędzonej na zachwycaniu się budowlą ruszamy dalej, by zobaczyć Todai-ji. No i … Wow. Zapiera dech. Z daleka powala swoją masywną bryłą, jednocześnie potężną i elegancką, do bólu utylitarną. Pełni wrażeń dopełnia zapach kadzidełek, jednocześnie intensywny i delikatny, utrzymujący się zaskakująco konsekwentnie na potężnej powierzchni jaką zajmuje cały kompleks.

Świątynia Todai-ji

Wchodzimy więc do świątyni, pod której dachem umieszczony został Daibutsu, czyli potężny posąg Buddy. Ten jest największym tego typu posągiem na świecie. Bishamonten i Komokuten strzegą Daibutsu. Są umieszczeni na wysokości ołtarza, natomiast wielkością ustępują Buddzie. Zaczynam patrzeć na japońską architekturę z prawdziwym podziwem, szczególnie po tym jak przez dobre 5 minut gapię się na sufit świątyni oraz na belki trzymające konstrukcję dachową.

Monumentalny posąg Daibutsu

Obchodzimy ołtarz dookoła, odnajdujemy również filar, w którym znajduje się dziura. Zgodnie z legendą jest ona wielkości jednego z nozdrzy Daibutsu, a ci, którzy się przez nią przecisną, doznają oświecenia w kolejnym życiu. Cóż, nie korzystamy z tej atrakcji, ze względu na wierność wyznawanej religii oraz racjonalną ocenę wielkości dziury ;).

Z monumentalnej Todai-ji idziemy kamiennymi schodami do Nigatsu-do, przy okazji podziwiając potężny dzwon odlany z brązu. Gdziekolwiek się nie ruszymy trafiamy na hordy turystów i jelonki.

Dochodzimy do Tamukeyama Hachiman-gū, dalej do Mizutani i w końcu do Kasuga Taisha, która nie jest już tylko biało-brązowa jak pozostałe budowle. Jako, że jest budynkiem nowszym (a może po prostu niedawno odremontowanym ;)) to brąz zastąpiony jest szintoistycznym pomarańczem. Kolor ten nabiera dodatkowej intensywności dzięki promieniom słońca. Kasuga Taisha to spokojne i zaciszne miejsce, nie ma w nim zbyt wielu turystów, jelonki też nie przeszkadzają. Zaglądamy do kilku wnętrz, po czym znajdujemy miejsce dla turystów, gdzie można odpocząć. Wyłożone matami tatami, surowe i proste, tradycyjne, pachnące drewnem i kadzidełkami. Siedzimy chwilę bez ruchu, w ciszy, napawając się chwilą.

Latarnie zdobiące Kasuga Taisha

Nara to nie tylko Park i świątynie – to też miasto, w którym jeść trzeba

Jeśli w Japonii chcesz zjeść dobrze i tanio to nie stołuj się w miejscach z angielskim menu – tam jest tylko dobrze. My postanowiliśmy jeść tam, gdzie nie było angielskiego menu i gdzie jadali sararimani. Było to gwarantem jakości i lokalnej ceny. Przykładowo, za 2 nigiri w lokalnej suszarni płaciliśmy 6PLN (w zależności od ryby, ale najtańszy tuńczyk tyle właśnie kosztował).Wychodzimy z parku od strony miasta, w które postanawiamy się zagłębić. Jest to jakby osiedle domów jednorodzinnych (choć znając umiejętności upakowywania ludności na małej przestrzeni może się okazać, że to domy wielopokoleniowe), zorganizowane w bardzo regularny sposób. Mieszają się w nim tradycyjne drewniane zabudowania oraz te bardziej nowoczesne. I widać biedę, zastój.

Zabawki (?) przy jednym z domów w Narze

Im bardziej zbliżamy się do centrum Nary tym bardziej nie możemy wyzbyć się tego wrażenia. W dodatku jesteśmy okrutnie głodni, nie jedliśmy właściwie nic od śniadania. I ku naszemu zdziwieniu nigdzie nie możemy natknąć się na tanie japońskie sieciówki z całkiem niezłym, sarariimańskim jedzeniem. Za to spotykamy drogie restauracje z English menu, gdzie ceny są o wiele wyższe. Jest turystycznie, jest drogo. Sushi ma polskie ceny.

Buszujemy po zadaszonym pasażu wypełnionym sklepami i najróżniejszymi restauracjami. Jest drogo. Drogo, bo przywykliśmy do tego, że za główny posiłek dnia nie płacimy więcej niż 800 JPY za osobę, no, powiedzmy nawet ten 1000 JPY. A tu ceny po 2,5K… Postanawiamy zgrzeszyć i idziemy do McDonald’s, gdzie jemy Big Maca z … Avocado! Też doświadczenie czegoś warte ;). Jeszcze ostatnie chwile w mieście i smutne refleksje o zauważalnej biedzie. O tym, że Nara jest miejscem żyjącym tylko z turystów. I że gdy pustoszeje, to jest miejscem smutnym.

Czas na Kyoto

Czas pojechać do Kyoto, również lokalnym pociągiem. Ale jak to w Japonii, zwykły lokalny pociąg w kolorze pomarańczowym wygląda niezwykle futurystycznie. Godzinę później, zmęczeni i wciąż głodni, wysiadamy na stacji docelowej. Po zameldowaniu się w hotelu znajdujemy sararimańską sieciówkę. Ciepły (i tani) ramen z jakimś mięsem (knajpa tania, no English menu) stawiają nas na nogi. Dodatkowo nakładamy sobie sowite porcje marynowanego imbiru (dostępnego na każdym ze stolików).

Co jeszcze dobrego spotka nas w Kyoto? O tym szeroko w kolejnym poście.

2 komentarze

  1. Panorama Osaki nie przypadła mi do gustu, przypomina mi odmalowane PRL-owskie klocki przemieszane z wieżowcami z amerykańskich filmów z lat 80-tych. O wiele bardziej podobają mi się świątynie, musiało tam kapitalnie pachnieć. :)

    • Tak, pachniało niesamowicie. Szczególnie w Narze. Bardzo ciekawy zapach, zupełnie nie słodki, ale pozytywny. Musisz tam polecieć by go trafnie opisać, ja się na tym nie znam ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.