Tokio: Shinjuku i Shibuya (2014-04-30)

shinjuku-feat

Pierwszy poranek w Japonii. Pada deszcz. Sararimani, pod przezroczystymi parasolkami, przemieszczają się między stacją metra a budynkami. Nasz plan na dziś: biznesowe Shinjuku i zatłoczona Shibuya.

Zaczynamy na Tokio Station, skąd jedziemy na Shinjuku Station. Już same stacje są dla nas atrakcjami (ponoć Shinjuku to najbardziej zatłoczona stacja na świecie). W metrze tłumów nie ma. Po pierwsze dlatego, że rozpoczął się Golden Week. Po drugie dlatego, że jesteśmy tam ok. 10.00, zatem dość późno jak na japoński poranek.

Golden Week to tydzień na przełomie kwietnia i maja, na który przypadają cztery świąteczne dni:
29 kwietnia – Shōwa Day (Upamiętnia rocznicę urodzin Cesarza Shōwy /Hirohito/ panującego w latach 1926-1989. Ma skłaniać Japończyków do refleksji nt. tamtego burzliwego dla Japonii okresu: czyli zmiany imperialnej polityki Japonii podczas II Wojny Światowej oraz gwałtownego wzrostu gospodarczego w późniejszych latach.)
3 maja – Constitution Memorial Day (Święto Konstytucji)
4 maja – Greenery Day (wcześniej obchodzony 29 kwietnia; dzień podczas którego Japończycy dziękują naturze za jej bogactwa i błogosławieństwa)
5 maja – Dzień Dziecka
Jeśli wybierasz się w tym czasie do Japonii, zachęcam do przeczytania artykułu o Golden Week przynajmniej w Wikipedii.
Eksplorację zaczynamy od Nishi-Shinjuku. To dzielnica drapaczy chmur, w której swoje siedziby mają japońskie banki, korporacje (np. Taisei Corporation – japoński potentat w budownictwie) i firmy (np. Epson). Najstarszym z tamtejszych drapaczy chmur jest Keio Plaza Hotel (1971), natomiast najmłodszy – Mode Gakuen Cocoon Tower (2008). Znajduje się tu także monumentalny ratusz (tj. Tokio Metropolitan Government Building, 1991), a w Shinjuku Central Park – japońska wersja Niagary (która niestety nie działała z powodu deszczu…). Dzielnica, mimo biznesowego charakteru i ton betonu, pełna jest zieleni. Zachwycają nas rozwiązania komunikacyjne, kolor Century Hyatt Tokyo (1980), wizjonerska spójność ratusza i Shinjuku Park Tower. Jak przekonamy się kilka godzin później, w Nishi-Shinjuku zarabia się pieniądze, które później wydaje się na rozrywki i uciechy w części wschodniej Shinjuku (o czym kilka słów w dalszej części wpisu).

Ratusz: z daleka, jego wewnętrzna część (prawy górny róg) oraz ulica za nim. Mimo deszczu i mgły - robi ogromne wrażenie...

Umieszczanie plastikowych makiet posiłków, które precyzyjnie odwzorowują 1:1 to co dostanie się na talerzu, jest w Japonii absolutnym standardem. Zgadza się skala, wielkość miseczki/talerza, ilość makaronu, czy krewetek. Taka wystawa znajduje się przy wejściu właściwie każdej „lepszej” knajpki, choć nie jest to regułą. Natomiast te wystawy już mówią wiele o japońskiej precyzji. Po jej wrażeniem będziemy jeszcze nie raz. Niestety nie dopisuje nam pogoda – leje jak z cebra. Nie ma szans na widoki z Tokyo Metropolitan Building, zatem zadowalamy się lunchem w knajpce znajdującej się na poziomie -1 budynku. Przyciąga nas do niej ładna wystawa, na której widnieją plastikowe wersje posiłków. W środku stajemy przed wyzwaniem zamówienia jedzenia. Po angielsku oczywiście nikt nie mówi, karty są tylko po japońsku. Wybieramy na chybił-trafił wskazując na zdjęcia potraw umieszczone w menu. W połowie posiłku orientuję się, że zamówiłam wątróbkę, której – delikatnie mówiąc – nie znoszę. A tu proszę, jest tak doskonale przyrządzona, że mi smakuje… No prawie. Ze świadomością „jem wątróbkę” oddaję resztkę porcji M.

Wchodzimy jeszcze do NS Building. Ponieważ to siedziba Seiko Epson, w środku znajduje się największy na świecie zegar wahadłowy. Jest to dla nas miłe zaskoczenie – przewodnik DK o tym milczał.

W miarę jak chmury szaleją nad Tokio i nie oszczędzają naszych parasoli, przemieszczamy się do wschodniej części Shinjuku. Tu ulice powoli wypełniają się ludźmi i samochodami. Budynki i bilbordy rozświetlają się. Po ulicach pędzą piękne tokijskie taksówki (głównie czarne Toyoty Crown Royal). Jest dość gwarno, salony do gry w Pachinko pękają w szwach. Ruch w sklepach i kawiarniach jest ogromny. Niektóre miejsca wyglądają jak targowiska. I nie możemy wyjść z zaskoczenia jak wiele błachostek, durnostojek i wszelkiego tzw. „badziewia” się tam sprzedaje.

Processed with VSCOcam with g2 preset

Obserwujemy zachowania i grę pozorów, chłoniemy symbole, a przynajmniej tę ich drobną garść, jaką jesteśmy w stanie swoim europejskim/polskim okiem dostrzec. Lektura przewodników i książek o Japonii z pewnością pomogła nam w tym zadaniu, ale już teraz żywo wymieniamy spostrzeżenia, który z autorów co pominął, co przeinaczył, a czego my nie byliśmy w stanie dostrzec. Nie wiem, czy to wpływ książek jakie czytaliśmy, czy już nasze własne obserwacje – dostrzegamy jednak wyraźnie dwie rzeczy:

  1. jesteśmy gaijin – czyli obcy, z zewnątrz
  2. dwie warstwy japońskości: tę widoczną dla turystów oraz tę skwapliwie przykrywaną, niewygodną, japońską, tokijską.

Kolejny etap w naszym harmonogramie to Harajuku, czyli ulica wypełniona sklepami z kawaii ciuszkami. To tam japońskie nastolatki mają swoje ulubione sklepy i zostawiają tysiące jenów. Udaje nam się wtopić i pozostać niezauważonymi obserwatorami tego głośnego i szalonego miejsca tylko dzięki temu, że wystawy sklepowe są od nas o wiele bardziej atrakcyjne.

Szczęśliwie przestaje padać. Udajemy się na najbardziej ruchliwe skrzyżowanie na świecie: Shibuya. Mimo że zmrok zapadł już dawno temu, na skrzyżowaniu jest jasno jak w dzień. Każda zmiana świateł gromadzi tłum czekający by przejść dalej. Mamy wrażenie jakbyśmy byli w kalejdoskopie, który się nie zatrzymuje, ciągle pędzi, coś zmienia.

shibuya

Przy skrzyżowaniu znajduje się pomnik psa Hachiko. Zgodnie z opowieścią, psiak codziennie odprowadzał swojego właściciela na stację i witał go na niej, gdy ten wracał z pracy. Pewnego dnia właściciel nie wrócił (zmarł w pracy na zawał), ale pies czekał. Ponad 10 lat. Japończycy postawili psu pomnik aby docenić jego lojalność i poświęcenie. Pomnik cały czas otoczony jest grupkami japońskiej młodzieży. Cierpliwie czekamy na naszą kolej w pogłaskaniu pomnika…

Dociera do nas jak jesteśmy głodni. I tu kolejna wtopa: trafiamy do przedziwnego miejsca na 4-tym piętrze jednego z budynków przy skrzyżowaniu, skuszeni relatywnie niskimi (jak na tamto miejsce) cenami. Zupełnie nie wiemy co i jak zamówić. W menu jedyna rzecz jaka nas przekonuje to maki. Bierzemy więc, nie marudzimy. Do ideału jaki poznamy kolejnego dnia wiele brakuje… Idziemy dalej, przez Yoyogi Park, kręcimy się jeszcze po dzielnicy, ale w końcu dociera do nas, która jest godzina, i że do hotelu daleko. Docieramy do niego metrem, przy okazji kupujemy japońskie słodycze w sąsiadującym z hotelem 7eleven. Japońska czekolada jest przepyszna!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.