Tokio/Osaka i Fuji na wyciągnięcie skrzydła (2014-05-02)

Po relacji z niedawno odwiedzonego Hamburga, wracam wspomnieniami do pobytu w Japonii. Mimo iż minął prawie rok, są one żywe i wyraziste. Kolejny dzień naszej wyprawy – po opisanym we wcześniejszych wpisach zwiedzaniu Tokio – to okolice Pałacu Cesarskiego i przelot do Osaki, podziwianie Góry Fuji, oraz nocleg w hotelu kapsułowym. To będzie kolejny długi wpis…

Tokio: Pałac Cesarski i jazda na Hanedę

Zgodnie z „rachunkiem ekonomicznym” okazało się, że najtaniej i najszybciej z Tokio do Osaki dostaniemy się samolotem. Po sprawdzeniu przewoźników i cen zdecydowaliśmy się wsiąść na pokład samolotu All Nippon Airways (ANA), który zdecydowanie najtańszy nie był. Ale miał jedną zaletę: kurs był obsługiwany przez Boeinga 787, zatem sławetnego – i owego czasu – jeszcze nowego Dreamlinera. Koszt i czas porównywalny z shinkansenem. A że lot B787 to dla nas rarytas i prędko się nie powtórzy… zakupiliśmy bilety.Nasza podróż do Osaki ma swój początek na Tokio Station, skąd mamy udać się na lotnisko Haneda (HND). Ponieważ lot odbywa się wczesnym popołudniem, decydujemy się zwiedzić jeszcze Pałac Cesarski, który zlokalizowany jest bardzo blisko Tokio Station. Po mniej lub bardziej sprawnym przejściu do właściwego wyjścia i oddaniu bagaży do przechowalni, orientujemy się, że wychodzimy z innego budynku niż ten do którego weszliśmy. Niemożliwe? Nie w Japonii. Główna stacja jawi się jako ultra nowoczesny budynek ze szkła i stali. A swoje drugie oblicze, klasyczne, europejskie, zwraca ku drapiącym chmury siedzibom banków.

Tokio Station

To kolejna twarz Tokio. Szyby wieżowców odbijające niebo i wolno wędrujące po nim chmury. Krajobraz nowojorski (na tyle na ile znam go z filmów). A w tej betonowej dżungli ukryte drzewa, kwiaty i ciekawa fontanna.

Malownicza fontanna w Tokio

Przechodzimy koło niej by dostać się do Pałacu. A właściwie pod Pałac. Kręcimy się w okolicy zachwycając się nowojorsko-wyglądającym zapleczem finansowym i niemniej dostojnymi budynkami pałacu. Hah, budynkami … Ledwie strażnice są wystawione na widok publiczny. A przecież Japończykowi nie przyjdzie do głowy wpatrywać się w mury gęsto obsadzone drzewami, zza których być może dostrzeże budynek właściwy. To byłoby haniebne nadszarpnięcie prywatności Cesarza.

Wieża strażnicza przy Pałacu Cesarskim w Tokio

Wejścia pilnuje policja. Praży słońce, kręcą się turyści, na teren Pałacu wjeżdża jakiś samochód. A my właśnie się spóźniamy na monorail na lotnisko…

Wracamy na Tokio Station, gdzie w pośpiechu gubimy się. Przypadkowo trafiamy do metra linii innej niż planowaliśmy. Ale przecina ona trasę monoraila w dogodnym dla nas miejscu. Wsiadamy. Nerwowo spoglądamy na zegarek – jeśli nie zdążymy przesiąść się teraz, to samolot do Osaki wystartuje bez nas. Szczęśliwie udaje nam się wpaść do monoraila w ostatniej chwili. Ale to nie koniec emocji.

Jazda monorailem, poprowadzonym przez miasto, następnie port i zatokę, prosto na lotnisko, to najlepszy roller coaster na jakim w życiu byłam. Wagony kładą się w zakrętach jakby zaraz miały się wykoleić. Stajemy twarzą w twarz z taflą turkusowej wody, by za chwilę minąć się z potężnym transportowcem, następnie skręcić gdzieś w cień wieżowców, po chwili z niego wypaść, spojrzeć raz jeszcze na port i schować się w tunelu. Wszystko dzieje się bardzo szybko, widoki i doznania hipnotyzują nas na tyle, że nie ośmielamy się wyciągnąć aparatów.

Piękna Fuji

Po bardzo sprawnym check-inie i nadaniu bagaży, siedzimy w osławionym Dreamlinerze. Ciekawi jesteśmy samolotu jako maszyny w japońskiej konfiguracji na loty krajowe. Startujemy. Póki co, „samolot jak samolot”, choć jest ciszej niż w 737. Ledwo odrywamy się od ziemi, a pilot robi nawrotkę o 180 stopni. Skrzydła pod wpływem powietrza uginają się, tak że niemożliwa do odczytu podczas postoju rejestracja teraz jest dobrze widoczna. Wznosimy się nad Zatoką, widać powoli otaczające Tokio góry. Wznosimy się coraz wyżej i wyżej. Zaraz, już, powinno być ją widać… Jest. Oto ona, spowita chmurami, dostojna i elegancka. Piękna Fuji.

Góra Fuji (i kawałek silnika) widziane z pokładu Dreamlinera

Osaka po południu i wieczorem

Z lotniska do miasta dostajemy się autobusem. Zostawiamy rzeczy w hotelu i udajemy się na wędrówkę po mieście. Jesteśmy otoczeni wieżowcami, które co chwila zaskakują nas wymyślnymi kształtami, lub też … niskością i materiałem, z którego są wykonane (blaszaki). Mijamy budynek przypominający starożytną świątynię, przed którą stoją oświetlone na biało choinki (czyt. tuje). Śmiało błądzimy kolejnymi ulicami i uliczkami, obserwując różnice pomiędzy Osaką a Tokio.

"Rzymska" świątynia w Osace

Jest to zdecydowanie „młodsze” miasto, nie aż tak ciasno zabudowane jak stolica. Mijające nas samochody jednoznacznie kojarzą się z młodymi i buntowniczo nastawionymi do życia mężczyznami. My z kolei mijamy nadspodziewanie wiele salonów Pachinko, których hałas i dym papierosów wydostające się na ulice zapraszają by spróbować szczęścia.

Ściemnia się. W porównaniu do rażącego kolorami i oświetleniem salonu paczinko, ulica oświetlona „po europejsku” jest dla nas ciemna. Docieramy do potężnego, wielopiętrowego skrzyżowania. Nie dość, że jest to standardowe skrzyżowanie na krzyż i w każdą stronę prowadzą po trzy pasy, to jeszcze piętro wyżej biegnie autostrada, a w to wszystko wplecione są jakieś rozjazdy, kładki dla pieszych i tory dla shinkansena.

Idąc dalej przystajemy na chwilę vis a vis głównego wejścia do imponującego wieżowca NHK, znajdującego się naprzeciwko budynku policji. Dech zapiera. A że jest już ciemna noc i oświetlenie robi swoje, jesteśmy podwójnie pod wrażeniem. Przed nami park zamkowy – ale nim tam wejdziemy dokładamy nieco drogi, by po prostu pospacerować po puściuteńkich i cichych ulicach Osaki.

Ostatecznie do parku wchodzimy od strony Osaka International Peace Center, w pobliżu której znajduje się stacja metra Morinomiya. W pewnym momencie dostrzegamy jakiś imponujący biały punkt … Tak, to zamek. Pięknie oświetlony, górujący nad całym parkiem.

Zamek w Osace

Podchodzimy pod sam zamek – nie jest aż tak wielki, na jaki wyglądał. Ale i tak robi na nas ogromne wrażenie. Krzątają się wokół służby porządkowe, wpada na nas wesoła grupka japońskiej młodzieży. Z trudem, na anglomigi, proszą o zdjęcie. Chwilę rozmawiamy, po czym zajęci sobą odchodzą, by zostawić nas sam na sam z zamkiem. Jutro tu wracamy. Tak. Zdecydowanie. Teraz czas do hotelu, przecież jutro intensywny dzień, a z rana trzeba ustalić ostateczną wersję zmiany planów, podładować telefony w hallu (bo przejściówkę mamy wspólną) i skorzystać tam z darmowego wifi. Ponieważ nam się spieszy, gubimy się w parku, a jakże :). Zamiast wychodzić z niego 10 min, zajmuje nam to nieco ponad pół godziny.

Hotel kapsułowy

Chcący spróbować typowo japońskiego noclegu, postanowiliśmy jedną noc zarezerwować w hotelu kapsułowym. Byliśmy ciekawi z czym to się je. Teraz przyszedł czas by to sprawdzić.

Jak się okazało o poranku następnego dnia, standard dla panów i pań różni się właściwie na każdym kroku. Dość powiedzieć, że panowie mają łaźnię wspólną, a panie osobne prysznice, różne kosmetyki i sprzęty (wszystko w cenie). Prócz tego tradycyjne klapki (do części WC – gdzie na muszlach zamontowane były najnowocześniejsze deski od Panasonika, zachęcające by przesłuchać wszystkich melodyjek…) i kapcie do chodzenia w części wspólnej, gdzie nie było mat tatami. Tradycyjne pidżamy czekały w szafce w szatni, więc użyłam tej hotelowej zamiast własnej (jak poznawać kulturę to na 100%). Część sypialna, cóż … Rzędowo ustawione kapsuły, których wyposażenie wygląda bardzo na lata 70-te, natomiast stan higieny – absolutnie bez zarzutu.

Kapsuły w hotelu. Dobrej nocy :)

Po dobrze przespanej nocy, czas więc na zwiedzenie zamku i podróż do Nary. Ale o tym napiszę w kolejnym poście.

Jeden komentarz

  1. Przeraża mnie ten kurniczek do spania. :) Mono-rollercoasterem za to bym się chętnie przejechała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.